sobota, 24 września 2016

Zupa krem z dyni z pomidorami

Uwielbiam zupy. Uwielbiam zarówno jeść, jak i robić. Zupa to idealne rozwiązanie na obiad, kiedy ma się dzieci, bo większa porcja zostanie na kolejny dzień i wystarczy tylko podgrzać, więc problem z głowy. To doskonała opcja, kiedy nie zawsze cała rodzina może zjeść obiad o jednej porze albo kiedy niejadek wydziwia i trzeba robić podejście do obiadu kilka razy, a nie chcemy żeby mały człowiek jadł zimny posiłek. Ogólnie zupy są super, pyszne, pożywne i stosunkowo nie wiele czasu potrzeba by je zrobić. Właściwie wszystko wrzucić do gara i zupa robi się sama. Rosół, pomidorową i kalafiorową mogłabym jeść na przemian, aż by mi wyszły uszami. Osobiście latem uwielbiam orzeźwiającą owocową, ale muszę jeść sama, bo ani Tadeusz ani Tata Tadeusza nie podzielają mojego entuzjazmu. Za to ogórkowa króluje równie często co trójka wyżej wspomnianych faworytów, a wraz z nią krupnik uwielbiany przez Tadka. No, ale do sedna... Najlepszą zupą jesienną, na którą czekam cały rok jest zupa dyniowa! Gęsta, rozgrzewająca i przepyszna! W tym roku postanowiłam zamknąć ją w słoikach na zimę, żeby dłużej móc cieszyć się jej smakiem, nawet po sezonie. Wersji zupy dyniowej istnieje wiele, właściwie sednem sprawy są przyprawy, których się używa, i które nadadzą kremowi konkretnego smaku, bo dynia sama w sobie jest stosunkowo mało wyrazista, chciałoby się rzec, że bez smaku.

czwartek, 22 września 2016

Agnieszka Fechner z Pani Matka



Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Macierzyństwo to dla mnie dopełnienie związku, to wynik miłości, kobiece spełnienie, a zarazem ciężka praca i największe wyzwanie wydobywające z nas nie tylko to co w nas dobre i piękne, ale też to co chowamy przed samymi sobą i resztą świata. 

Bycie we dwójkę po ślubie było dla nas niesamowicie pięknym czasem, ale po niecałym roku zaczęliśmy odczuwać pewien niedosyt. Czułam, że potrzebujemy czegoś więcej. Byłam na drugim roku studiów i racjonalne wydawało mi się poczekać z macierzyństwem.  Wierzę jednak głęboko, że jest Ktoś kto ma większy łeb od nas i naprawdę dobrze kieruje naszym życiem. Czasem niezgodnie z naszymi planami i oczekiwaniami, ale ZAWSZE z dobrym skutkiem. Tak też było tym razem.

fot. Pani Matka

piątek, 16 września 2016

Powidła śliwkowe

Zawsze z utęsknieniem czekam na lato, które daje możliwość noszenia zwiewnych kiecek, sandałów i narzekania na wysokie temperatury. Czekam na świeże owoce i warzywa, które kupię na pobliskim targu zamiast w markecie, i które smakują o niebo lepiej, niż kupione w każdej innej porze roku. A po potem, kiedy już nasycę się wszystkimi smakami, upałem, słońcem to uwielbiam koniec lata, ciepłe i słoneczne początki jesieni... kasztany i żołędzie spadające z drzew, a potem złote i szeleszczące pod stopami liście. Niższe temperatury, które zmuszają do ubrania miękkiego swetra i grubych rajstop do sukienki, uwielbiam jesienne ubrania! Uwielbiam chłodne poranki, rześkie powietrze, gorącą i rozgrzewającą herbatę z malinowym sokiem, a przede wszystkim uwielbiam jesienne jedzenie! Uwielbiam wyczekiwane przez cały rok dojrzałe śliwki, soczyste gruszki, słodkie kukurydze w kolbach i wielkie dynie, które świetnie nadają się na zupę krem, kompot, placki...

czwartek, 15 września 2016

Adriana Krynicka z Kosmetomama


Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Macierzyństwo to pomieszanie zmysłów i  uczuć. Z jednej strony cieszysz się, że maluch zaczyna chodzić, a z drugiej boisz się o niego, że zaraz zrobi sobie krzywdę. I tak do końca życia póki będziesz matką. I na tym już praktycznie mogłabym skończyć mój wpis na temat tego, czym jest dla mniej macierzyństwo, ale może opowiem trochę więcej o tym, jak to moje macierzyństwo wygląda w praktyce i jak to się stało, że mogę się tym macierzyństwem cieszyć.

Zaczynałam właśnie studia magisterskie. Miałam przerwę w nauce, ponieważ w kierunku kosmetologia wtedy były tylko studia licencjackie. Więc skończyłam licencjat a potem pracowałam 3 lata jako kosmetolog w salonie kosmetycznym. Po tym czasie pojawiła się możliwość podejścia do studiów drugiego stopnia. Więc złożyłam papiery. Studia się zaczęły.

Byłam już mężatką i miałam swoje cztery kąty. Któregoś dnia postanowiłam zapytać się męża czy nie che mieć już dziecka, bo ja już jestem gotowa. Wcześniej już o tym gadaliśmy. Pomyślałam, że jak każdy gada, „że staranie się o dziecko to długi proces”, to może zacznijmy już dziś, żeby nie tracić czasu, bo i tak trochę to potrwa przecież.

W komplecie
fot. Album rodzinny

środa, 7 września 2016

24 miesiąc życia Tadzia

Jeszcze ciągle zapach żelu pod prysznic w niebieskiej transparentnej butelce, kojarzy mi się z porodówką i pierwszym prysznicem wziętym na spokojnie dobę po urodzeniu syna. Co wieczór w wannie przywołuję te wspomnienia, które przerywa wbiegający znienacka do łazienki chłopiec, topiący w wodzie gumowe kaczki i pudełka po jogurcie, które pozwalają bez krzyku co wieczór spłukiwać pianę z jego delikatnych włosów. Wspominam z sentymentem szpitalne sale, kroplówkę odmierzającą czas do wyczekiwanych skurczów, niepokojący dźwięk zwiastujący zanik tętna, stres, pośpiech i szczęście, którego trzeba doświadczyć, bo opisać nie sposób... więc stale na sklepowych półkach szukam tego samego żelu pod prysznic, o tym samym zapachu, jakby ze strachu, że bez niego wszystko w pamięci się zatrze. Dopiero co blizna po cesarskim cięciu zbledła, a mój syn ma już dwa lata, skończone dwadzieścia cztery miesiące! Teoretycznie to nie wiele, ale kiedy pomyślę o wszystkich nowych dla nas doświadczeniach, o trudach, smutkach i uśmiechach przez łzy, o donośnym śmiechu, który rozpędza najciemniejsze chmury i upadkach, które motywują do tego by wstać i dalej zdobywać szczyty... to jednak wiem, że dwa lata dla naszej rodziny to szmat czasu. Szmat czasu dla małego człowieka, który codziennie uczy się życia! Każda matka to powie, więc i ja pozwolę sobie na stwierdzenie oczywiste i banalne, że na przestrzeni swojego (dwudziestotrzyletniego) życia nie przywołam w pamięci innych, piękniejszych dwóch lat, niż te, kiedy jestem mamą Tadeusza. Mamą najwspanialszego chłopca na świecie!

czwartek, 1 września 2016

Blanka Bednarkiewicz


Jako dzieci mamy wiele marzeń. Różne miewamy pomysły na to kim będziemy w przyszłości. Dziecięca fantazja nie musi być ani spójna, ani logiczna. Zdarza się czasem, że nasze plany wobec dorosłości potrafią wykluczać się wzajemnie. Tak również było i w moim przypadku.

W IV klasie podstawówki na lekcji historii, omawialiśmy temat, w który dość sensacyjnie wplątany był, jeden z bardziej przebiegłych papieży. Nieustępliwa pani historyk, widząc brak zaangażowania ze strony uczniów, zawsze starała się rozpalić naszą ciekawość opowiadając intrygujące opowieści krążące w okół tematu. Tego dnia muszę przyznać, iż udało się pani rozpalić nie tylko moją ciekawość, a wręcz obudzić we mnie fascynację. Opowieść o ukrytej w majestatycznych budynkach Watykanu komnacie, w której miała znajdować się elitarna, dostępna tylko dla urzędującego papieża, biblioteka, wywołała u mnie absolutną potrzebę posiadania wiedzy o lekturach jakie oczywiście, hipotetycznie, mogłyby się tam znajdować… Od tego dnia moje młode serce i skrzydlata wyobraźnia marzyły tylko o dwóch rzeczach: o zostaniu papieżem oraz zostaniu mamą. 

Blanka i Emma
fot. Album rodzinny


Jak się zapewne łatwo domyślacie, nie trwało to długo, zanim pojęłam, że papieżem nie zostanę. Po krótkim, aczkolwiek bolesnym oświeceniu, cała moja strefa marzeń została ze zdwojoną siłą wycelowana już tylko w macierzyństwo. I tak w podsumowaniu, od kiedy tylko pamiętam moim największym marzeniem, ba, życiowym celem, było zostanie mamą.

Mówi się, że dla chcącego nic trudnego - tu nawet rymuje się „nic bardziej mylnego”. 

Dorosłość postanowiła szybko zweryfikować i obalić powyższe. Przez parę, dla mnie zdecydowanie za długich, późniejszych lat, w moim dążeniu do zostania mamą, mój organizm nie starał się mi pomóc. Moje jajniki przechodziły dziwny tryb przekwitania, a mój zegar biologiczny tykał szybciej niż mu to nawet przystoi. W wieku 20 lat po wielu staraniach i nieszczęśliwie nieudanych próbach, wylądowałam sama na wynajętym mieszkaniu z deadlinem jajników, zbyt starą duszą i pustką w sercu. Mieszkanie było bardzo ładne. Drewno starej kamienicy skrzypiało po stopami, ściany były białe, a futryny drzwi artystycznie obdarte z wstydu i farby. Niestety miało jeden nieważki minus, było puste. Kiedy zdałam sobie sprawę, że mój instynkt naprzemiennie z ciałem płatają mi figla, postanowiłam sprawić sobie dziecko jakie tylko mogłam. W ten oto sposób w mojej przestrzeni zapanował, do dziś niezmienny harmider oraz wszędobylska biszkoptowa sierść. Kupiłam sobie psa. Uroczą do zjedzenia, biszkoptową labradorkę, której niekończący się entuzjazm oraz zupełnie oddane serce pozwoliły mi na przeprowadzenie macierzyńskiej próby. Polecam, doskonała kolejność. Wszelkie kandydatki na mamy powinny sobie kupić wymagającego labradora i przeżyć z nim rok. Z dzieckiem kochane, będzie już tyko łatwiej.

Poza doskonałą lekcją i zawłaszczeniem mojego domu, Chilli dodała mi skrzydeł do działania. Niecały rok później moje ciało wreszcie odpowiedziało na potrzeby serca. 22 lutego 2012 roku zaszłam w zdrową ciążę. Najpiękniejszy ostatni, pierwszy dzień reszty nowych dni. Dzień ostatniego piwa, ostatniego papierosa, ostatniego tatara. Dzień, na który czekałam, od kiedy potrafiłam odpowiedzieć sobie na pytanie czego pragnę. Ciąża to niezapomniana przygoda, osobny rozdział. Dla mnie osobiście to taki stan, do którego już zawsze się tęskni. Symboliczny okres przepełniony kiełkującą miłością. Oczekiwanie i rozwój. Nieprawdopodobna opowieść.

Po prawie 10 miesiącach działania na dodatkowym akumulatorze i 19 godzinach naturalnego porodu, na świat przyszły dwie nowe istoty. Mała Emma, 3650 gram, 54 cm, całe ciepłe, różowe ciałko zbudowane z atomów miłości i duża mama, 56 kg, 164 centymetry i nowa niezmierzona żadną miarą siła w jej ramionach. 

Blanka i Emma
fot. Album rodzinny


O samym porodzie, podobnie jak o ciąży, mogłabym napisać osobny felieton. Pierwszy naturalny poród to przygoda na jaką nie jesteś w stanie się przygotować. To również sprawdzian przy, którym matura to nauka zakładania skarpetek. To niełatwa przeprawa, która dziś jest moim osobistym, największym zwycięstwem. Zwycięstwem okraszonym najdroższym medalem jaki widział świat.

Wracając do samego macierzyństwa, to zaczęło się ono od wspomnienia wytatuowanego nieścieralnie. Od wielkich, granatowych niczym atrament, pełnych ufności, ciekawości i spokoju oczu małej istoty. Od szczęścia, takiego do łez, które w moim domu trwa nieprzerwanie od 4 lat. Stopniowo przez wspólny płacz podczas kolek i pierwszy śmiech, kiedy Chilli puściła bąka w wannie, aż po niekończące się pytania o otaczający świat i dzisiejszy dzień, w którym Emma zaczęła uczęszczać do II grupy przedszkolnej.

Moja córka jest najodważniejszą, najbardziej rozgadaną, najbardziej dobrą, czułą i najpiękniejszą dziewczynką pod słońcem. Mojej dumy i miłości do niej nie ma końca. Emma to nie tylko moja córka, ale również przyjaciółka i towarzyszka, moja osłoda każdej chwili. Zatem odpowiadając na pytanie czym jest dla mnie bycie mamą - macierzyństwo to sens.


            Dziękuję Ci córeczko, że przyszłaś na świat nadać sens mojemu życiu. 


Wszystkim czytelnikom Brzuchaczy życzymy:
Miłości! 

***
Mam na imię Blanka, mam 25 lat. Wraz z moją partnerką, naszą córką oraz labradorką mieszkamy na warszawskim poddaszu. Ja organizuję festiwale muzyczne, a moja partnerka gotuje. Emma kocha taniec, a Chilli niestrudzenie nadal gubi włosy. Jesteśmy najszczęśliwszą pod tęczą, kochającą się rodziną. Aktualnie dokładamy wszelkich starań, aby udało się nam sprawić Emmie rodzeństwo, bo jak wyżej, dzieciaki mają sens i nadają tempo.

sobota, 27 sierpnia 2016

Nie wiem jak Ty, ale ja mam tak codziennie



Wiecie co w macierzyństwie jest najgorsze? Żyjemy w społeczeństwie, które uważa, że ma prawo do oceniania naszych relacji z dzieckiem i zachowań podpatrzonych na ulicy a co więcej wytykania nam zauważonych błędów, nigdy prosto w oczy. Najgorsze w tym społeczeństwie są właśnie matki, jedna świętsza od drugiej.  W tym środowisku, krytykowanie, oceniania i komentowanie są na porządku dziennym. Oczywiście póki to ja - matka idealna, najświętsza w okolicy - krytykuję, oceniam i komentuję innych, bo jeśli chodzi o mnie to nikt nie ma prawda wchodzić z butami w moje życie. Zgadza się?

Sama każdego dnia uczę się nie oceniać innych, a wszystko chociażby dzięki Tacie Tadeusza, który zawsze stara się najpierw rozważyć wszystkie możliwości, a dopiero potem wyciągać wnioski, i który stara się poznać temat, zanim zabierze głos. W większości afer medialnych brakuje mu zawsze przedstawienia drugiej strony medalu (ach Ci dziennikarze...) i dystansu, którego ja próbuję się uczyć, którego próbuję nabrać, zanim wydam - być może krzywdzący i niesłusznie wydany - osąd. Sama nie chcę, żeby ktokolwiek osądzał mnie na podstawie sytuacji wyrwanej z kontekstu. Właśnie Tata Tadeusza nie raz, nie dwa zwracał mi uwagę na to, że oceniam rzeczywistość przez pryzmat odcinka wyrwanego z pewnej całości i krytycznym okiem patrzę na coś, czego tak naprawdę dokładnie nie sprawdziłam i nie widziałam w pełnej krasie. Trudno było mi się z nim nie zgodzić, a druga rzecz, zawsze bardzo łatwo jest oceniać sytuację, póki jesteśmy jedynie obserwatorami i sprawa bezpośrednio nas nie dotyczy. Jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia... w związku z tym bezdzietni chętnie doradzają jak zająć się niemowlakiem, a matki niemowlaków z przyjemnością wypowiedzą się, jak radzić sobie ze starszakiem, który akurat przechodzi wszystkie możliwe bunty na raz. W końcu wszystko jest takie proste i oczywiste, prawda?

Zobacz też

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...